Fundacja ormiańska KZKO
Dzieje rodu Jaxa Bąkowskich i ich krewnych Wartanowiczów – polskich Ormian - zapraszamy do lektury
Dodano 2012-03-25

15 marca br. nakładem wydawnictwa ISKRY ukazała się książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm "Lepszy dzień nie przyszedł już". Są  to trzy opowieści o losach rodzin zamieszkujących przed wojną Kresy Wschodnie. Niektóre wątki, znane miłośnikom twórczości Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, powracają tu uzupełnione i rozwinięte po latach, na przykład historia Hubalczyka Romana Rodziewicza, czy dzieje rodu Jaxa Bąkowskich i ich krewnych Wartanowiczów - polskich Ormian, przed laty właścicieli rozległych winnic na Podolu. Wśród drugoplanowych bohaterów tych opowieści nie brak osób znanych i zasłużonych dla polskiej kultury i historii, takich jak: Melchior Wańkowicz, Maria Rodziwiczówna, generał Władysław Anders, major Henryk Dobrzański "Hubal", marszałek Józef Piłsudski, generał Stefan Rowecki "Grot". Tłem wydarzeń są zaś miejsca tragicznie wpisane w historię Polski i Polaków: Syberia, Kazachstan, Katyń, Auschwitz, Monte Cassino, ale również wojenne i powojenne skupiska polskości w Iranie, Afryce Południowej, Meksyku, Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych, jak i przedwojenne w Mandzurii. Książka zawiera wiele niepublikowanych fotografii i dokumentów.



SPIS RZECZY
LEPSZY DZIEŃ NIE PRZYSZEDŁ JUŻ 05
WINNICE WARTANOWICZÓW NA PODOLU 31
Eugeniusz Wartanowicz, Ormianin z Dźwiniacza 033
Józef Wartanowicz i jego winnice 043

Anulka, córka Mariana, Podolanka z Johannesburga 059
Anna – Podolanka z Kraśnicy 129
Mieczek i kluczyki do mercedesa na niebieskiej wstążce 147
Aneks 163
Z MIEJSCA NA MIEJSCE. W CIENIU LEGENDY HUBALA 173
Przypisy 322
Indeks osób 330

O Autorce:

ALEKSANDRA ZIÓŁKOWSKA-BOEHM – autorka kilkunastu książek, doktor nauk humanistycznych Uniwersytetu Warszawskiego, stypendystka m.in. amerykańskiej Fundacji Fulbrighta (2006/2007), kanadyjskiego Ministerstwa Kultury Ontario, nowojorskiej Fundacji Kościuszkowskiej. Członek m.in. ZAIKS-u, Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy, amerykańskiego PEN CLUB-u (Nowy Jork). W 2001 roku otrzymała Złoty Exlibris Książnicy Pomorskiej, w 2006 amerykańską doroczną nagrodę stanu Delaware w dziedzinie literatury (creative non-fiction). Wśród jej książek są publikacje poświęcone życiu i twórczości Melchiora Wańkowicza (pisarz zapisał jej swoje archiwum i zadedykował drugi tom Karafki La Fontaine’a), Blisko Wańkowicza, Na tropach Wańkowicza, Proces 1964 roku Melchiora Wańkowicza. Są także opowieści oparte na współczesnej polskiej historii, takie jak: Z miejsca na miejsce, Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyża (która otrzymała nagrodę najlepszej książki roku 2006 londyńskiego Związku Pisarzy na Obczyźnie). Inne książki to m.in. Dreams and Reality, The Roots Are Polish, Moje i zasłyszane, Kanada, Kanada, Amerykanie z wyboru, Korzenie są polskie, Nie tylko Ameryka, Podróże z moją kotką, Nie minęło nic, prócz lat (z Szymonem Kobylińskim). Swoje życie opisała w barwnej autobiografii Ulica Żółwiego Strumienia. Ostatnio wydane książki to: Otwarta rana Ameryki, Dwór w Kraśnicy i hubalowy Demon i Na tropach Wańkowicza po latach. W USA: Open Wounds – A Native American Heritage, On the Road with Suzy: From Cat to Companion. W zapowiedzi: Kaia, Heroine of the 1944 Warsaw Rising (USA). Aleksandra Ziółkowska-Boehm mieszka na stałe w Wilmington w stanie Delaware.

Fragment książki:

Dom, który rodzice wynajmowali od ciotki Marietty Dzieduszyckiej miał werandę, przedpokój, korytarz do salonu. Cały dom miał drewniane podłogi z desek. W salonie przyjmowało się gości, pamiętam, że stało tam radio. Był pokój stołowy z dużym stołem, kredensem, gdzie się jadało posiłki. Tam też była szafa z biblioteką (...).
Nie było elektryczności. Każdy pokój miał wiszącą pod sufitem lampę naftową, często z ozdobnym żyrandolem z koralików, i służba zapalała je każdego wieczora. Także co wieczór czyścił te lampy specjalnie wyznaczony chłop, pamiętam, nazywał się Klit (...).
Każdy pokój miał kaflowy piec, przychodziła służąca by w nich palić. Trzeba było je czyścić, wyrzucać popiół. To było w starym domu. Rodzice marzyli o nowym domu.

Nowy dom w majątku Dobropole obok Dźwiniacza budował się kilka lat. Architekt przyjeżdżał z planami, omawiał z rodzicami szczegóły. Kiedy dom wreszcie powstał, był piękny i starannie urządzony. Jednocześnie zagospodarowywany był sad, w czym bardzo pomagał i służył swoją wiedzą stryj Józef. Gdy się sprowadziliśmy do nowego domu, w sadzie już owocowały drzewa. Pamiętam, gdy szło się „na słoneczko” na zewnątrz, jak pięknie wyglądał i sad, i ten nowy dom. Mało wtedy robiono zdjęć, więc nawet fotografii nie mam.
Nikt nie wiedział, że za kilka tygodni wszystko stracimy...

Nowy dom miał dach z czerwonej dachówki, drzwi i okna były koloru zielonego. Zainstalowano elektryczność, wszędzie były drewniane posadzki, podłogi wyłożone kilimami. Rodzice kupili wiele nowych mebli, sprowadzali je z Zaleszczyk. Dom miał siedem pokoi, przy salonie była cieplarnia, oszklona weranda, dwie łazienki, duża kuchnia, szafy, spiżarnie. Ładne schody prowadziły do piwniczki, a stamtąd do małego pokoiku. „W razie wojny tam się ukryjemy”, mawiał ojciec. Była stajnia dla koni i obory dla krów, garaż. Pobudowano dwa budynki czworaków.

Krystyna i Marian Wartanowiczowie sprowadzili się do nowego domu, mieszkali w nim ledwie tydzień czy dwa, gdy wybuchła wojna. Dziesięcioletnia Anulka spytała:
– Czy ja będę musiała pojechać do szkoły?
– Niestety nie – odpowiedziała matka – musimy się trzymać razem.
Anulka się ucieszyła. Właściwie pamięta ten dzień i kolejny jako dobry. Była niemal szczęśliwa, że nie pójdzie do szkoły niepokalanek i nie będzie musiała zmagać się z językiem francuskim. Gdy następnego dnia ojciec – oficer rezerwy – dostał powołanie do wojska, przestraszyła się i patrzyła przerażona, co się działo...
– Ojciec pożegnał się z nami, wszyscy płakaliśmy. Mamę pocałował w rękę. Kierowca Paweł odwiózł go na stację. Potem wrócił i według wskazówek ojca postawił samochód w stodole, przykrył sianem. Była to tatra, wtedy najlepszy w Europie, luksusowy samochód.  

Minęło kilkanaście dni. W niedzielę 15 września Krystyna Wartanowicz z dziećmi, Anulką i Jerzykiem, i z guwernantką Marysią, pojechała do kościoła do Zaleszczyk. Pojechali bryczką z woźnicą. Mama i dzieci w białych rękawiczkach, Anulka miała białe sandałki i białą sukienkę.
Pamięta dobrze ten dzień, był ciepły i ładny. Już nigdy więcej nie widziała ani domu, ani tych ziem.

sponsorzy i partnerzy:
Materiały publikowane na stronie są własnością Fundacji Armenian Foundation
Kopiowanie bez zgody Fundacji jest zabronione.